18 maj 2006
11 kwi 2006
8 kwi 2006
30 mar 2006
O hybrydyczności w muzyce żydowskiej
15 marca odbył się w Instytucie Kulturoznawstwa kolejny wykład Wrocławskiej Wszechnicy Kulturoznawczej zatytułowany „Muzyka żydowska i jej Inni. O muzycznej hybrydyczności we wschodnioaszkenazyjskiej diasporze.” Wykład wygłosiła prof. Bożena Muszkalska, etnomuzykolog z Zakładu Muzykologii Instytutu Kulturoznawstwa, która od kilku lat prowadzi badania nad żydowską kulturą muzyczną. Towarzyszące wykładowi liczne przykłady muzyczne pochodziły m.in. z badań terenowych prof. Muszkalskiej.
Muzyka żydowska jest płaszczyzną, na której dochodzi do spotkania rozmaitych treści i obcych wpływów. Obecność tytułowego Innego, czyli elementu zewnętrznego w stosunku do tego co swoje, a także wchodzenie w interakcję z otoczeniem od wieków wpisane są w etos muzyki żydowskiej. Hybrydyczność muzyki Żydów wschodnioaszkenazyjskich nie oznacza wyłącznie mieszaniny muzycznych komponentów w jej obrębie. Współcześnie, zgodnie z koncepcją modeli hybrydycznych, rozwijaną przez prof. Muszkalską w jej badaniach etnomuzykologicznych, zakłada także tworzenie z owych komponentów jedynych w swoim rodzaju struktur, kreujących nowe wzory i funkcje.
Asymilacja elementów muzycznych obcych kultur przez żydowskich muzyków na grunt własnej twórczości obecna była od czasów najdawniejszych i miała różne oblicza w zależności od czasu i miejsca. Źródła historyczne mówią o pojawieniu się w muzyce religijnej Drugiej Świątyni Jerozolimskiej śpiewów greckich. W XV i XVI wieku mamy do czynienia ze zjawiskiem wędrujących kantorów, którzy włączali do swojego repertuaru elementy muzyki lokalnej, a w wieku XVIII opracowywali instrumentalną muzykę barokową. Czerpiąc z różnych źródeł, kantorzy starali się nadać modlitwom większa ekspresję. W przeszłości o obcych wpływach można mówić także w odniesieniu do muzyki wykonywanej podczas żydowskich nabożeństw. Wspólne śpiewy zawierały wówczas elementy pieśni ludowych, arii operowych i muzyki popularnej. Na przełomie XIX i XX wieku melodie nieżydowskiego pochodzenia odnotowano na przykład w modlitwie Kadisz.
Jak wskazuje prof. Muszkalska, apogeum praktyki zapożyczania stanowi muzyka tworzona przez chasydów, a także muzyka klezmerów, którzy do swojego repertuaru włączali pieśni paraliturgiczne, synagogalne, żydowskie pieśni ludowe, opracowania melodii cygańskich, fragmentów z oper i operetek.
Dla współczesnej muzyki Żydów wschodnioaszkenazyjskich źródłem inspiracji jest twórczość kantorów oraz klezmerów, którzy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Chociaż stworzony przez nich nowy styl nie stanowi bezpośredniej kontynuacji tradycji, stał się niezwykle popularny w wielu krajach, w tam także w Polsce.
Powszechna inkorporacja do muzyki żydowskiej różnych tradycji muzycznych rodzi ważne pytanie o kryteria jej autentyczności i wyznaczniki stylistycznej czystości.Powszechna inkorporacja do muzyki żydowskiej różnych tradycji muzycznych rodzi ważne pytanie o kryteria jej autentyczności i wyznaczniki stylistycznej czystości. Żydowskiego charakteru muzyce, bez względu na pochodzenie melodii, nadaje obok skali muzycznej przede wszystkim użycie specyficznych środków wyrazu: „łkających” dźwięków, glissand, charakterystycznej barwy głosu, wtrącanie asemantycznych sylab, modlitewne westchnienia.
W odniesieniu do nowych zjawisk w kulturze muzycznej Żydów wschodnioaszkenazyjskich prof. Muszkalska wskazała na analogie z kulturami krajów postkolonialnych, zwłaszcza w kontekście na nowo odkrywanej i odnajdowanej przez Żydów własnej specyfiki, która jest doceniana także poza tą społecznością. Reprezentantami i ambasadorami żydowskiej tradycji muzycznej stali się bowiem także nie-Żydzi. Organizują oni festiwale poświęcone muzyce żydowskiej, zakładają zespoły klezmerskie, których repertuar zgodnie z tradycją stanowi konglomerat rozmaitych stylów i gatunków muzycznych. Dzięki temu odbudowywanie przez Żydów pamięci o własnej przeszłości muzycznej odbywa się także z udziałem Innych.
Monika Janowiak-Janik
Etykiety: Bożena Muszkalska, relacja
10 mar 2006
23 lut 2006
Opowieść o upamiętnianiu
2 lutego 2006 roku odbył się czwarty już wykład Wszechnicy Kulturoznawczej Cultura Culturans. Tym razem z gościnnym wykładem przyjechał Mieczysław Abramowicz – pasjonat historii Gdańska, autor książki pt. Każdy przyniósł, co miał najlepszego, kustosz Gdańskiego Muzeum Opowieści.
Wykład zatytułowany „Gdańskie Muzea Opowieści” był narracją o ludziach, których pasją jest przywracanie pamięci Gdańska. „Zatroskani o tożsamość miasta”, to dziś pięćdziesięcio, sześdziesięciolatkowie, którzy dzieciństwo spędzili na „oswajaniu” miasta zamieszkałego niegdyś przez niemieckojęzycznych mieszkańców.
„Nie mieliśmy do czego się odnieść. Towarzyszył nam mit dawnej utraconej ojczyzny” – tak mówią o sobie dzisiejsi miłośnicy Gdańska. Jak zatem budować tożsamość? Jak oswoić miejsce, które jest przecież obce? Jak odpowiedzieć na pytanie „kim jestem” mieszkając w Gdańsku? To pytania, na które odpowiedzi ułożyły się w opowieść o budowaniu „gdańskiej tożsamości”. Jest to opowieść to tym „jak zbudowaliśmy małą ojczyznę”, opowieść trudna, bo wynikająca z własnych doświadczeń.
Historia „stawania się Gdańszczaninem” i jednocześnie budowania tożsamości Gdańska, rozpoczęła się od dziecięcego „zbieractwa” przedmiotów pozostawionych po poprzednikach, potraktowanych jako „ślady obecności” (tabliczek pisanych w nieznanym języku, listów, przedmiotów gospodarczych). Potem pojawiło się zdziwienie, że mieszkańcami nie byli tylko Niemcy i Polacy, lecz również Żydzi, Rosjanie, Szkoci. Położenie akcentu na mniejszości narodowe stało się możliwe między innymi dlatego, że pozostały cmentarze (lub ślady cmentarzy), jako szczególne miejsca pamięci. Cmentarze bowiem są zawsze tym miejscem, które staje się fundamentem dla budowania tożsamości rozumianej jako dialog z przeszłością, z tymi, który byli przedtem. Okazało się, że Gdańsk to miasto cmentarzy. Zatem kolejnym krokiem do budowania społeczności lokalnej było przedsięwzięcie budowy „Cmentarza nieistniejących cmentarzy”. Działanie z jednej strony demonstrujące pamięć, dialog z przeszłością, z drugiej ważne doświadczenie oswajania przestrzeni, a zatem budowania miejsca.
Budowanie tożsamości mieszkańców, czy tożsamości miasta odbywać się musi właśnie poprzez dialog pokoleń. Nie chodzi zatem tylko o to, by odkryć, odnaleźć to, co chcieli nam pozostawić poprzednicy (przodkowie), lecz również trzeba ową historię opowiedzieć następnym pokoleniom. Z inicjatywy miłośników Gdańska właśnie w 1996 roku ukazał się I tom albumu Był sobie Gdańsk. Do dziś album liczy już dwanaście tomów. Powstał również kwartalnik „Był sobie Gdańsk. Fotografie, historia, mity i rzeczywistość”, który później przekształcił się w miesięcznik „30 dni”. Jednak wydarzeniem, do którego najbardziej przywiązany jest autor opowieści o budowaniu tożsamości Gdańska, było powstanie w 1995 roku Gdańskiego Muzeum Opowieści, pomyślanego jako swoiste miejsce dla rzeczy odnalezionych. Wydaje się, że to najbardziej istotny dowód „rewanżu pamięci”, bowiem dokonany jest nie przez historyków, archiwistów, czy kustoszy, lecz przez zwykłych mieszkańców Gdańska. Ludzie bowiem zaczęli przynosić znalezione, dawne (lecz nie tylko przedwojenne) przedmioty, do których opowiadali historie. To przedmiot stawiał się nośnikiem historii, zatem nie było to muzeum przedmiotów, lecz właśnie Muzeum Opowieści, takich zwykłych, widzianych z „perspektywy przechodnia”. Rezultatem tej miejskiej pasji opowiadania jest książka autorstwa Mieczysława Abramowicza pt. Każdy przyniósł, co miał najlepszego.
Pierre Nora nazywa współczesność „epoką upamiętniania”, czasu ogromnej erupcji pamięci, która objawia się szczególnym zainteresowaniem historią, własnymi korzeniami, genealogią. Nie chodzi jednak o tę historię oficjalną, lecz o mikrohistorie, wspomnienia raczej, właśnie jednostkowe opowieści o przeszłości. Gdańskie Muzeum Opowieści jest dowodem na to, że ludzie potrzebują wspomnień, jakiś indywidualnych związków z przeszłością, chcą opowieści o przeszłości miejsca, w którym mieszkają, które zadomowili. Nie wiadomo, czy rację ma Pierre Nora, który mówi, że dziś wszystkim ludziom towarzyszy zupełnie nowe, permanentne poczucie straty, że wszyscy jesteśmy wyrwani z przeszłości, z którą łączą nas tylko ślady. Ale bez wątpienia takie poczucie „wyrwania z przeszłości” towarzyszy mieszkańcom Gdańska, którzy, jak powiedział Mieczysław Abramowicz, przybywając do tego miasta „nie mieli do czego się odnieść”, zaczynali od nowa. Zatem odnajdywane ślady przeszłości, znaki, przedmioty, stają się niezwykle cenne, jako jedyni świadkowie tego, co dawne. Świadkowie to jednak niemi, więc chcąc oddać im głos, mieszkańcy dopisywali do owych przedmiotów opowieści. Przedmioty – opowieści istnieją zatem dla Gdańszczan jako szczególne fetysze pamięci, ale również tożsamości, która konstruowana może być tylko jako związek z przeszłością.
Narracja Mieczysława Abramowicza o opowieściach gdańskich, o tożsamości miejsca i mieszkańców, to ważny głos w toczącej się dzisiaj dyskusji o roli historii (tej kolektywnej) i pamięci (tej indywidualnej), o współczesnym memorializmie, o „rewanżu pamięci”. Jednak cała ta dyskusja nad filozofią historii toczy się w kontekście „troski o opowiadanie”, które dla współczesnych narratywistów (Haydena White’a czy Franklina R. Ankersmita) stanowi sposób poznania nie tylko innego, przeszłego świata, ale również siebie.
Jest jeszcze inny powód, dla którego narracja o Gdańskim Muzeum Opowieści jest szczególnie istotna właśnie we Wrocławiu. Wrocławianie bowiem borykają się z podobnymi problemami z tożsamością. Przeszłość, którą dziedziczymy po nie-naszych miejscach trzeba opowiedzieć po swojemu, trzeba ją oswoić. Dla Wrocławian, w równym stopniu jak dla bohaterów opowieści Abramowicza, jest to doświadczenie trudne, ale i niezwykle ciekawe.
Magdalena Matysek
Etykiety: Mieczysław Abramowicz, relacja
16 lut 2006
2 lut 2006
29 sty 2006
Sekrety pudełka na guziki. Wokół kulturowej historii przedmiotu
Kolejny wieczór Wszechnicy Kulturoznawczej (18. 01. 2006r.) wypełniła opowieść dr Izoldy Topp o pudełku na guziki, które okazało się misternie zdobioną szkatułką o tajemniczym ornamencie i przeznaczeniu. Jakkolwiek funkcjonuje dziś ona jako pojemnik na pasmanteryjne drobiazgi, to precyzja jej wykonania, bogactwo zdobniczych motywów, tajemna skrytka sugerują, że czemu innemu miała służyć. Rekonstrukcję jej historii prelegentka rozpoczęła od analizy ikonologicznej zdobień. Przekonująco odczytana symbolika odsyła do przedchrześcijańskiego mitu stworzenia świata. Zaskakujące okazało się zestawienie motywów starogermańskich ze scytyjskimi. Zagadka tego zestawienia nie została rozwiązana ani podczas wykładu, ani w burzliwej po nim dyskusji.
Renata Tańczuk
Etykiety: Izolda Topp, relacja






















